Do napisania tego tekstu skłoniła mnie audycja sprzed tygodnia. Usłyszeliśmy w niej fragment a dokładniej pierwszą stronę płyty "Time" grupy Electric Light Orchestra (której to lideruje niejaki Jeff Lynne o czym każdy cywilizowany człowiek wie doskonale).Nie będę się rozpisywał ile dla mnie i mojego pokolenia znaczy płyta "Time" bo zapewne jak znam życie połowa miewa podobne odczucia a ta druga zbliżone.W owym roku, czyli okresie jej ukazania była jak morfina dla konającego w wielkim bólu człowieka.Chyba właśnie ta płyta stała się symbolem wejścia muzycznego w nową dekadę (w lata 80te). Dawała ulgę i jawiła wielką nadzieję na przyszłość, że oto muzyka idzie w bardzo dobrym kierunku. Od tamtych dni minęło sporo lat.Jeff Lynne stał się ikoną i chodzącą legendą. Obecnie wymieniany w jednym zdaniu z takimi ludźmi jak Lennon, Dylan, Clapton.... Fani Jeffa podzielili się na dwie grupy. Jedna to ta dla których "prawdziwe" ELO skończyło się na wysokości płyty "Out of the Blue" a drugą grupę reprezentują Ci dla których to właśnie płyta "Time" jest najwyższym osiągnięciem. Sam mam problemy z doprecyzowaniem swojego gustu i przechylenia szali na którąś ze stron. Najprościej jest mi odpowiadać w ten sposób, że za najlepszą uważam Out of the Blue zaś płyta Time za najbardziej genialną. Podobny problem zawsze mam z Floydami gdzie genialna "The Wall" często przegrywa rywalizację z mniej genialną ale lepszą..(zachowam dla siebie którą).Problem "lepszości" nie jest jednak celem tego mojego wpisu. Dostrzegłem bowiem pewną przypadłość, której nie potrafię zrozumieć.Rozumiem, że artysta, zwłaszcza płodny miewa czasami okresy w swojej twórczości którymi zbytnio nie lubi się chwalić ale kto mi odpowie dlaczego Jeff od czasu zakończenia Time Tour - live, czyli trasy promujacej krążek nigdy już nie powrócił na koncertach do piosenek z tego albumu. Miał sposobność bo i brał udział jeszcze w kilku trasach, konceratch okolicznościowych a i ostatnia trasa Zoom również pokazała nam człowieka który całkowicie zapomina o jednym z najlepszych swoich dzieł. I tak ile razy słucham piosenek typu "Twilight","21st Century Man" czy choćby "Ticket to the moon" zadaję na głos pytanie .Czego Jeff u diabła się wstydzisz ? a to przecież nie koniec, bo co brakuje takim piosenkom jak : Rain Is Falling,The Lights Go Down, czy też przebojowemu i to bardziej od tych co grasz zazwyczaj na bis - Hold on tight ? Odpowiedź jaka by nie była nigdy nie bedzie dla mnie zrozumiała. Rozumiem, że krytycy muzyczni wychwalają Jeffa piosenki z okresu Face the music i Eldorado lub A New World Record ale u diabła co jest niefajnego w płycie Time, że się Lynne od niej odcina i wstydzi ? Bo ktoś napisał kiedyś recenzję, że to takie mało ambitne i że disco i w ogóle ?.... oj panie Jeff Lynne im pan starszy tym .... mniej dla mnie zrozumiały
poniedziałek, 4 lipca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Bez wątpienia "Time" jest ich najlepszym krążkiem (nie wdaję się w deliberacje typu "najbardziej genialny", "naj..." od innej strony). A czemu "wstydzi się"? Podobno to był okres, kiedy ELO podtrzymywała przy życiu umowa zawarta z wytwórnią, i zobowiązanie do nagrania jeszcze paru albumów. Innymi słowy: można domniemywać, że "Time" została nagrana niejako... "dla chleba, panie, dla chleba".
OdpowiedzUsuńCzy to jej czegokolwiek ujmuje? Bynajmniej. A niby czemu za wielkie dzieło mielibyśmy uznawać jedynie takie, gdzie motywacja finansowa nie wchodziła w grę? A cóż to niby za kryterium?
Druga rzecz: wielu twórców najzupełniej nietrafnie lokuje swoje osobiste sympatie i antypatie, gdy chodzi o ich własne dzieła. Z czego to wynika? A kto to wie? Może z jakiegoś rodzaju ambicji? Podam tu dwa przykłady z wielu możliwych - akurat takie dwa znane chyba każdemu.
Hans Christian Andersen, znany całemu światu z bajek swego autorstwa, nigdy ich nie cenił (były dla niego nieistotnymi igraszkami literackimi); największą wagę przykładał do swoich sztuk teatralnych - których nikt grać nie chce, bo są to nudne, napuszone, i nieciekawe sztuczydła, znane jedynie historykom teatru i biografom Andersena.
Drugi przykład: Arthur Conan Doyle, znany całemu światu z opowiadań o przygodach Sherlocka Holmesa, pisał te opowiadania właśnie dla pieniędzy; to był jego sposób na regularne wpływy finansowe! Natomiast tego, co pisał nie dla pieniędzy, a z ambicjami na "wielkie dzieło" - nikt dzisiaj czytać nie chce; podobnie, jak w przypadku sztuk teatralnych Andersena, tak też i te "wielkie" powieści Doyle'a to obecnie jedynie domena historyków literatury; nie weszły do klasyki.
Być może podobny "syndrom" dotknął i Lynne'a...
Chociaż miałam wtedy tylko 10 lat, to pamiętam tę płytę doskonale. Nie znałam wcześniejszej twórczości ELO, byłam dzieckiem, w Polsce głęboka komuna...
OdpowiedzUsuńTeraz znam niemal całą dyskografię, ale i tak płyty "Time" słuchałam i słucham od początku do końca tysiące razy. Myślę, że już dawno powinna mi się znudzić. No, nie chce! Sama nie wiem, dlaczego. I też nie wiem, dlaczego, najbardziej na płycie podoba mi się "Rain is falling". Może to sentyment...a może coś w tych utworach jednak jest.
Podobnie słucham całego albumu "Discovery".
Czyli słucham namiętnie chyba wszystkiego, czego się pan Lynne wstydzi ;)
I zapomniałam dopisać jeszcze, że z tego, czego się Jeff nie wstydzi, to uwielbiam "Eldorado" również w całości :)
OdpowiedzUsuń